28 stycznia 2006

29 Stycznia IV Niedziela Zwykła Roku B

W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie.

Był właśnie w synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: Milcz i wyjdź z niego. Wtedy duch nieczysty zaczął go targać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne.

I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej.

Ewangelia: Mk 1:21-28


*************************************************************************

Złe duchy - jak często musimy z nimi walczyć. Nieczysty duch - jak często staramy się go pokonać. Naszą zawziętość, naszą zazdrość, naszą pogardę innymi. Uciekamy się do piętnowania, denuncjacji, czasami nawet pisania anonimów. A co czyni Jezus z nieczystym duchem? Rozkazuje mu: Milcz! I zamilkł. To takie proste. W każdym razie dla Jezusa.

W dzisiejszej Ewangelii nieczysty duch jest szczególnego rodzaju. Bluźni Bogu i Jezusowi. Duch ten twierdzi, że Jezus przyszedł, by zgubić wszystkich ludzi. Jak doszedł do tego? Musiał to być zatwardziały nieczysty duch, skoro miał czelność coś takiego powiedzieć w obecności wielu, pośrodku synagogi. Trzeba być do cna przesiąkniętym nienawiścią, zazdrością i pogardą, by takie słowa rzucić Jezusowi w twarz, Jemu, który kochał nawet największych grzeszników. A my, cóż my obrzucamy siebie błotem, chociaż nikt z nas nie jest bez grzechu.

Ale trzeba o tym pamiętać. Również publiczna działalność Jezusa, Jego nauczanie, napotykało trudności. Także Jezus musiał borykać się z przeciwnościami. Ale Jezus wiedział, gdzie ma szukać pomocy. Jego doskonałe zaufanie do Boga było Jego obroną. A zatem powiada do nieczystego ducha: Milcz! I zły duch jest mu posłuszny.

Nasze zadanie jest z pewnością trudniejsze. Ale możemy próbować, a nawet powinniśmy. Możemy prosić Boga, by oczyścił nas z wszelkiej nienawiści, zazdrości, pogardy, niezdrowej ambicji i udawanej troski o Chrystusowy Kościół. Możemy prosić. Wszędzie. Zawsze. Przynajmniej tyle powinno być w nas ufności, że Bóg sam jest w stanie obronić Siebie i Swój Kościół, nawet prowadząc Go ręką grzesznych czasem księży i liderów świeckich, którzy nie mają ślubu kościelnego. Zdajemy się zapominać, że Jezus świadomie wybrał na fundament Swojego tworzącego się Kościoła człowieka, który dopiero co się Go zaparł.

*********************************************************************

Gdzie moce, które czynią nas obłudnymi, zmuszamy do milczenia, gdzie między nas i moce, które nas rozdzielają, wbijamy klin, gdzie to, co chore, wraca do zdrowia, TAM JEST KRÓLESTWO BOŻE.

&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&

Jezusa stanowczość ma zwrócić nam uwagę

na powagę sytuacji: na uleganie duchowi

mierności, małoduszności czy egoizmu.

Nie mogę tylko trochę wierzyć, trochę

miłować, trochę ufać. Moja postawa musi być zdecydowana.

%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%


Chory jest pierwszym, który pojął słowa Jezusa, w całej ich wymowie. Ponieważ wie, że jest chory, wie też, że potrzebuje uzdrowienia. Jezus w Ewangelii zwraca się też do nas: „Pozwól się zagadnąć przez moje słowa, które są przepełnione mocą miłości!" Pozwólmy, by dotknęła nas uzdrawiająca moc Jego miłości. I prośmy Go, byśmy już nigdy nie odeszli od Niego.

#######################################################################

Słowo hamuje, jeśli nie wprawia w ruch czynu.

20 stycznia 2006

Zmarł ksiądz Jan Twardowski

IAR, KAI 18-01-2006, ostatnia aktualizacja 19-01-2006 12:44

W warszawskim szpitalu na Banacha zmarł ksiądz Jan Twardowski. Miał 90 lat. Był autorem słów: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą".

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc calkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myslimy o kimś zostając bez niego.


Wiersze księdza Twardowskiego czytają dorośli i dzieci. Jan Twardowski zadebiutował w 1936 roku tomikiem wierszy "Powrót Andersena" wydanym w nakładzie 30 egz., jednak podczas wojny cały nakład zaginął. Studiował filologię polską i teologię na Uniwersytecie Warszawskim. W okresie okupacji hitlerowskiej był żołnierzem Armii Krajowej, walczył w Powstaniu Warszawskim. W 1948 roku przyjął święcenia kapłańskie.

Jego wiersze zaczęły się ukazywać od 1945 roku na łamach różnych pism, między innymi "Tygodnika Powszechnego". Szerszym rzeszom czytelników stał się znany na początku lat 60-tych, a wydany 10 lat później tom "Znaki ufności" przyniósł księdzu Twardowskiemu ogromną popularność. Zainteresowanie czytelników wzbudzały jego kolejne zbiory: "Niebieskie okulary", "Rachunek dla dorosłego", "Który stwarzasz jagody", "Nie przyszedłem pana nawracać". Ostatnie dziesięciolecie ubiegłego wieku to wprost eksplozja jego popularności - ukazało się kilkanaście biografii ks. Twardowskiego i wywiadów z nim, a co kilka miesięcy pojawiają się na rynku wznowienia jego dzieł i wybory poezji. Niektóre aforyzmy, fragmenty wierszy weszły już do języka potocznego: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą.."., czy "Kochamy wciąż za mało i zawsze za późno".

Ksiądz Twardowski był wiele lat rektorem kościoła sióstr Wizytek w Warszawie, gdzie głosił kazania dla dzieci. Właśnie im zadedykował dwa zbiory wierszy: "Zeszyt w kratkę" oraz "Patyki i patyczki".

W 1980 roku poeta otrzymał nagrodę PEN-Clubu im. Roberta Gravesa za całoksztalt twórczości. Był również laureatem wielu innych nagród, między innymi, Medalu im. Janusza Korczaka, Nagrody Fundacji Alfreda Jurzykowskiego. W 1996 roku dzieci wyróżniły księdza Jana Twardowskiego Orderem Uśmiechu. W 2000 roku otrzymał nagrodę IKAR, a w 2001 roku został laureatem nagrody TOTUS, nazywanej "katolickim Noblem".

W ubiegłym roku ukazał się tom poetycko-prozatorski "Budzić nadzieję. Abecadło dziewięćdziesięciolatka". Książka zawiera 90 motywów - haseł ułożonych alfabetycznie, od "A" jak "Anioł" do "Ż" jak "Życie", które symbolizują najważniejsze momenty z życia księdza. Każdy wiersz znajduje swoje rozwinięcie w napisanych prozą przemyśleniach.

Zdaniem krytyków, fenomen poezji księdza Twardowskiego polega na prostocie i mistrzowskim wyrażaniu tego, co dane jest mu intuicyjnie poznać. Jan Twardowski był poetą uśmiechu i niemal dziecięcej naiwności, czym zjednywał sobie czytelników, a jak sam mówił - czasem budzi ich sumienia.

Ksiądz - poeta nie lubił mówić o sobie jako o poecie - twierdził jedynie, że pisze wiersze. "Jestem tylko księdzem piszącym wiersze, dla którego wiara jest wciąż ważniejsza niż poezja. I to z czasem coraz bardziej" - powtarzał. Jego książki osiągają niekiedy stutysięczne nakłady, jednak on sam za każdym razem, kiedy odbierał jakąś nagrodę albo udzielał wywiadu, był szczerze zdziwiony, że ktoś go jeszcze czyta. Wśród swoich poetyckich "idoli" wymieniał Adama Mickiewicza, Annę Kamieńską i Czesława Miłosza.Ks. Twardowski słynął z poczucia humoru. "Jestem już leciwy, to znaczy otoczony pleśnią, grzybami i honorami" - komentował nadanie mu doktoratu honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Przy innej okazji zapytany jak sobie radzi z namiętnościami odpowiedział: już sobie radzę.

Pytany o swoją twórczość, ksiądz Twardowski mówił: "wszystko cokolwiek mi się udaje nie jest moją zasługą. Gdy patrzę na życie, odnoszę wrażenie, że korzystałem z ciągłej protekcji Pana Boga".


BLISCY I ODDALENI

Bo widzisz tu są tacy którzy się kochają
i muszą się spotkać aby się ominąć
bliscy i oddaleni jakby stali w lustrze
piszą do siebie listy gorące i zimne
rozchodzą się jak w śmiechu porzucone kwiaty
by nie wiedzieć do końca czemu tak się stało

są inni co się nawet po ciemku odnajdą
lecz przejdą obok siebie bo nie śmią się spotkać
tak czyści i spokojni jakby śnieg się zaczął
byliby doskonali lecz wad im zabrakło

bliscy boją się być blisko żeby nie być dalej
niektórzy umierają-to znaczy już wiedzą
miłości się nie szuka jest albo jej nie ma
nikt z nas nie jest samotny tylko przez przypadek
są i tacy co się na zawsze kochają
i dopiero dlatego nie mogą być razem
jak bażanty co nigdy nie chodzą parami

można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem.

(ŚP) Jan Twardowski

CO ZGINĘŁO

Szukam co było zginęło
co Ci zginęło Panie
gwiazdy nie ruszyły się z miejsca
nie zmieniły adresu
księżyc staroświecki został po dawnemu
choć jak podeptany
tak jak przedtem
półtora miliona gatunków chrząszczy
w dalszym ciągu kaczka ma dwanaście tysięcy piór
wiatr kręci się w kółko tak stale potrzebny że bezradny
zgodnie z planem wędruje w marcu łosoś w górę rzeki
niebieski i szary
gryfon wystawia ptaki wodne unosząc przednią łapę
gęś tylko pod skrzydło chowa głowę
jeśli się mrówki zgubią to się same odnajdą
bo mrowisko zawsze przy drzewie od południowej strony
podobno małp przybywa --- nie ubywa
tylko człowiek stale Ci się gubi
urodzony dezerter

(ŚP) Jan Twardowski


(***)

Dziękuję Ci po prostu za to, że jesteś
za to że nie mieścisz się w naszej głowie, która jest za logiczna
za to, że nie sposób Cię ogarnąć sercem, które jest za nerwowe
za to, jesteś tak bliski i daleki, że we wszystkim inny
za to, że jesteś już odnaleziony i nie odnaleziony jeszcze
że uciekamy od Ciebie do Ciebie
za to, że nie czynimy niczego dla Ciebie, ale wszystko dzięki Tobie
za to, że to czego pojąc nie mogę --- nie jest nigdy złudzeniem
za to że milczysz. Tylko my --- oczytani analfabeci
chlapiemy językiem

(ŚP) Jan Twardowski

Życie pełne wierszy - sylwetka ks. Jana Twardowskiego




PAP 19-01-2006, ostatnia aktualizacja 19-01-2006 13:02

Z rokiem urodzenia ks. Twardowskiego krytycy zawsze mieli kłopoty. Na początku lat 60., po ukazaniu się pierwszego po wojnie tomiku wierszy, poproszono poetę o notkę biograficzną. Przez błąd drukarski zamiast 1915, wydrukowano rok 1916. Ks. Twardowski bagatelizował sprawę i śmiał się, że go odmładzają.

Urodził się 1 czerwca 1915 roku w Warszawie. Uczęszczając do gimnazjum im. Tadeusza Czackiego w latach 1933-1935 współredagował międzyszkolne pismo młodzieży gimnazjalnej "Kuźnia Młodych". Na łamach gazetki miał miejsce jego debiut poetycki i prozatorski. Młodzieńcze wiersze - tomik "Powrót Andersena" (1937) - wydano w nakładzie zaledwie 40 egzemplarzy.

W 1937 roku rozpoczął naukę na wydziale polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Studia przerwane wojną ukończył w 1947 roku. W czasie wojny był żołnierzem AK, uczestniczył w Powstaniu Warszawskim. W 1945 roku podjął naukę na pierwszym, tajnym kursie Seminarium Duchownego w Warszawie, które ukończył w 1948 roku i 4 lipca przyjął święcenia kapłańskie.

W 1959 roku został rektorem warszawskiego kościoła sióstr wizytek, stanowisko to sprawował aż do śmierci. W tym samym roku ukazał się jego pierwszy tom zatytułowany "Wiersze", wydany przez Wydawnictwo Pallottinum w Poznaniu. Wiersze ks. Twardowskiego zyskały popularność nie tylko w kraju, ale również za granicą, doczekały się przekładów na wiele języków.

Sam ks. Twardowski mawiał, że epoka dojrzałej liryki rozpoczęła się u niego po 45. roku życia. Tomik "Znaki ufności" (1969) zaskarbił księdzu pierwszych wielbicieli i zyskał przychylne opinie krytyków. W sumie ukazało się ponad 20 tomików wierszy ks. Twardowskiego, m.in. "Niebieskie okulary" (1980), "Który stwarzasz jagody" (1983), "Na osiołku" (1986), "Nie przyszedłem pana nawracać" (1986), "Sumienie ruszyło" (1989), "Niecodziennik" (1991), "Nie martw się" (1992).

Ks. Twardowski wielokrotnie podkreślał, że głównym celem pisarstwa jest pozyskanie ludzkiego serca. Po popularności jego poezji można sądzić, że udała mu się ta sztuka. Tomiki rozchodzą się w ogromnych nakładach, na spotkania z autorem przychodziły tłumy.

Krytycy wielokrotnie próbowali opisać poetykę ks. Twardowskiego, zdefiniować tajemnicę, która tak pociąga czytelników. Pisano o "franciszkanizmie" ks. Twardowskiego, związku przyrody i mistyki w jego wierszach, swobodnej i bezpośredniej relacji z Bogiem i światem. Czytelnicy stojący w kilometrowych kolejkach po autograf zgodnie uznawali, że lektura poezji ks. Twardowskiego pomaga im pogodzić się ze światem, odzyskać spokój.

Życie księdza-poety było związane z warszawskim klasztorem wizytek, gdzie od lat pełnił funkcję rektora. Był bardzo skromny, najwięcej o jego życiu można się dowiedzieć z wierszy. Wiadomo, że jedną z jego ulubionych lektur były pisma chrześcijańskich mistyków: św. Teresy z Avila, św. Jana od Krzyża, św. Franciszka Salezego.

W maju ubiegłego roku, na swoje 90. urodziny, ks. Twardowski podsumował swoje doświadczenie obserwowania świata przez niemal cały wiek w książce "Budzić nadzieję. Abecadło dziewięćdziesięciolatka", będącej zbiorem wierszy i rozważań księdza-poety.

Jarosław Mikołajewski o księdzu Twardowskim

Jarosław Mikołajewski 18-01-2006, ostatnia aktualizacja 19-01-2006 13:2


Grał na nosie uczonym - tym, którzy sami siebie uważali za świętych, a także tym, którzy twierdzili, że świętości dzisiaj osiągnąć nie można. Zakpił sobie z tych, którzy uważali, że poezja księży ani poezja przepełniona wiarą wielka być nie może. Był obok wszystkich teorii i hierarchii.

Nawet ci, którzy uważali go za wielkiego poetę, rzadko wymieniali go w rankingach największych twórców XX wieku.

Szedł swoją nieoczekiwaną ścieżką jak Boże zjawisko. Opowiadał mi ksiądz Michał Janocha, jak podczas wykładów w seminarium sławił przed seminarzystami paradoksy w kolędzie "Bóg się rodzi": "Ogień - krzepnie, blask - ciemnieje, ma granice Nieskończony".

Paradoks wiary stał się jego znakiem rozpoznawczym. Czuł, że Boga można widzieć tylko z perspektywy najmniejszych - wróbla zadziwionego ogromem kościoła. Albo dzieci.

Żadnej z postaci naszego czasu bardziej niż jego nie dotyczył przymiotnik "franciszkański" - przez namacalną w każdym jego słowie pewność, że nie zrozumiemy niczego, jeśli nie poczujemy się najpokorniejszymi ze stworzeń, czymś takim jak wiewiórka czy zebra:

Iżeś stworzył papugę, zaskrońca, zebrę pręgowaną -
kazałeś żyć wiewiórce i hipopotamom -
teologów łaskoczesz chrabąszcza wąsami -

dzisiaj, gdy mi tak smutno i duszno, i ciemno -
uśmiechnij się nade mną

(z wiersza "Suplikacje")

Jego wiara i poezja były łaską. Co do wiary - czuło się w jego wierszach czy kazaniach, które wygłaszał do dzieci w warszawskim kościele Sióstr Wizytek, że jest ona dla niego jak oddech.

Co do poezji, to nie wiem, czy - jak się mówi - należał do szkoły Tuwima. Sądzę, że jego rymowane puenty rodziły się z potrzeby ciągłego zaprzeczania pewnikom oraz składania myśli w pochwalne hymny. Był twórcą najsłynniejszego zdania poetyckiego naszych czasów: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą". Najsłynniejszego, które okazało się również najbardziej pomocne.

Ksiądz zostawił przesłanie

19-01-2006, ostatnia aktualizacja 19-01-2006 00:43

Z Ryszardem Wasitą, emerytowanym redaktorem, który od 30 lat był najbliższym przyjacielem i opiekował się ks. Twardowskim, rozmawia Michał Stangret

Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą

Nie wszyscy tak szybko. Ks. Twardowski już od trzech tygodni leżał ciężko chory w szpitalu. Trafił tam jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Zresztą wcześniej kilkakrotnie też był już w szpitalu. Umierał ze starości. Powoli. Organy po kolei zaczęły szwankować. Zaczęło się od żołądka, potem problemy z krążeniem, oddychaniem ale cieszył się, że odchodzi.

Bardzo cierpiał?

Bardziej niż cierpienie na jego twarzy było widać aprobatę tego, co się z nim dzieje. To może zabrzmi prozaicznie, ale cieszył się z tego, bo był przekonany, że zobaczy swoich rodziców. Dwukrotnie, gdy odwiedzałem go w szpitalu, wspominał mi, jak to będzie pięknie znów zobaczyć mamę. W ogóle nie było widać, żeby się bał śmierci. Miał głębokie przekonanie, że to będzie lepszy świat.

Zostawił nam jakieś przesłanie?

Miał pewne wskazówki co do pożegnania. Napisał na tę chwilę specjalny wiersz. Będzie odczytany podczas pochówku. To będzie krótki wiersz. Dyktował mi go, gdy umierał. Proszę wybaczyć, ale nie mogę zdradzać szczegółów. Taka była jego wola.

Dymna o ks. Twardowskim: o wielkich rzeczach mówił prosto, jak dziecko

PAP 19-01-2006, ostatnia aktualizacja 19-01-2006 13:40

Aktorka Anna Dymna powiedziała w czwartek, że ks. Jan Twardowski mówił w swoich wierszach "o najważniejszych sprawach - tych najpiękniejszych i najstraszliwszych - ale zawsze prosto, jak dziecko".

Dymna podkreśliła, że "całe życie czyta wiersze ks. Twardowskiego" i że były one bardzo często prezentowane podczas poetyckiego cyklu Krakowski Salon Poezji. "Bo ludziom jak tlen potrzebne są proste słowa" - uważa aktorka.

"On pisał tak, żeby każdy mógł zrozumieć, że ludzie są sobie potrzebni, że miłość do drugiego człowieka jest połączona z samotnością, że w cierpieniu jest nadzieja, "bo kiedy Bóg drzwi zamyka, to otwiera okno+" - podkreśliła cytując wiersz ks. Twardowskiego.

Zdaniem Dymnej, ks. Twardowski najbardziej zwracał uwagę na to, że "człowiek jest potrzebny człowiekowi". "Przez drugiego człowieka, dzięki niemu - nawet jeśli ktoś nie wierzy w Boga - może się do niego zbliżyć" - mówiła.

"Był taki sam jak jego wiersze. Przedwczoraj, dzień przed śmiercią, byłam u niego ostatni raz w szpitalu. Nie rozmawialiśmy o jakichś wielkich rzeczach, ale o tych małych, po prostu. Mówił, że napiłby się naleweczki, zjadł coś dobrego. I chyba po raz pierwszy widziałam, żeby ktoś się tak cieszył, że mnie widzi" - opowiadała aktorka.

Anna Dymna znana jest ze swojej charytatywnej działalności. "Kiedy spotykam się z chorymi, cierpiącymi ludźmi, często czytam im taki wiersz ks. Twardowskiego: Podziękuj za cierpienie, czy umiesz, czy nie umiesz. Bez niego nigdy nie wiesz, ile miłość kosztuje" - powiedziała.

Abp Michalik: ks. Twardowski był darem dla ludzi i Kościoła

KAI 19-01-2006, ostatnia aktualizacja 19-01-2006 13:32

Jest przykładem poety, miłośnika ludzi i przyrody. Miał czas dla kleryków, czy różnych ludzi świeckich. Byłem zbudowany, gdy widziałem jak przyjeżdżali do niego klerycy z całej Polski, także z Przemyśla, zabierali mu czas, a on był za to wdzięczny.

Ks. Jan Twardowski był darem dla ludzi i Kościoła, budowaliśmy się głębią jego chrześcijańskiego humanizmu - mówi o zmarłym 18 stycznia poecie przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Jóżef Michalik. Jest przykładem poety, miłośnika ludzi i przyrody. Miał czas dla kleryków, czy różnych ludzi świeckich. Byłem zbudowany, gdy widziałem jak przyjeżdżali do niego klerycy z całej Polski, także z Przemyśla, zabierali mu czas, a on był za to wdzięczny. Uczył ich szacunku do słowa, wydobywania z nich treści, ale także milczenia. Choć nie pisał podręczników, stworzył szkołę kaznodziejską, z której korzystało wielu księży.

Budowaliśmy się głębią jego chrześcijańskiego humanizmu, był bowiem przede wszystkim człowiekiem wiary. Zachęcał, abyśmy "śpieszyli się kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą ". Był bardzo blisko Boga. Przybliżał też ludzi do Boga, przykładem może być poetka Anna Kamieńska i jej mąż Jan Śpiewak.

Mamy obowiązek podziękować Bogu za tego chrześcijanina, kapłana, poetę i pomodlić się razem z nim do Boga w nadziei na nasze spotkanie w wieczności.

Abp Życiński o ks. Twardowskim: optymizm czerpał z modlitwy

KAI 19-01-2006, ostatnia aktualizacja 19-01-2006 13:35

Ks. Jan Twardowski codziennie o godz. 15 klękał przed tabernakulum, aby godzinę śmierci Chrystusa przeżyć w modlitewnej więzi. I to potem owocowało postawą jego optymizmu, naturalnej dobroci i filozoficznego poczucia humoru - tak zmarłego poetę wspomina abp Józef Życiński. Ks. Twardowski zmarł wczoraj w Warszawie w wieku 90 lat.

- Ks. Twardowski kochał Kościół i wszystko to, co piękne. Starał się pokazywać ludziom to, co najpiękniejsze w Ewangelii - podkreślił metropolita lubelski. Zwrócił uwagę, że wszyscy podziwiają prostotę i głębię jego poezji, on sam pamięta go jako człowieka głębokiej modlitwy. - Przez lata codziennie o szóstej rano siadał w konfesjonale i czekał w pustym kościele - wspomina abp Życiński. - O godzinie 15 klękał przed tabernakulum, aby godzinę konania Chrystusa przezywać w modlitewnej więzi. I później to owocowało postawą jego optymizmu, naturalnej dobroci, filozoficznego poczucia humoru.

Metropolita lubelski przywołał anegdotę z życia ks. Twardowskiego. Podczas jednych z kazań dla dzieci, ks. Jan powiedział, że trzeba być dobrym jak miód, a miód jest tak dobry, że nawet jak Ojciec Święty go je, to się oblizuje. Po Mszy do zakrystii przyszła oburzona kobieta, by zwrócić uwagę, że fragment o oblizywaniu się Ojca Świętego był niesmaczny. Ks. Twardowski powiedział wówczas: "Mówi pani, że był niesmaczny. Ja myślę, że gdyby był niesmaczny, to Ojciec Święty by się nie oblizywał ". - To był właśnie cały ksiądz Jan, tam gdzie inni kruszyliby kopie i wdawali się w bijatyki, on potrafił się uśmiechnąć i niczym współczesny św. Franciszek z Asyżu, wyrażał swoją filozofię życia - powiedział abp Życiński.

Abp Życiński po raz pierwszy spotkał ks. Twardowskiego w 1973 roku, kiedy jako młody ksiądz przyjechał do Warszawy zbierać materiały do doktoratu i zamieszkał u sióstr wizytek, gdzie ks. Jan był kapelanem. - W połowie lipca wyjechał na urlop, a ja go zastępowałem i miałem wtedy okazję, aby doświadczyć promieniowania jego duchowości - wspomina abp Życiński. - Patrzyłem na jego penitentów, którzy przychodzili zapytać, kiedy wróci ks. Twardowski, rozmawiałem z tymi, których przygotowywał do Chrztu św. Widziałem wielki szacunek tych ludzi dla stylu, w którym ks. Jan ukazywał Ewangelię - opowiada abp Życiński. - To był styl prostoty, dobroci, chrześcijaństwo tak nieśmiałe, tak naturalne i tak piękne. Wtedy, jako młody ksiądz cieszyłem się, że ewangelia błogosławieństw może otrzymać tak konkretny kształt - powiedział metropolita lubelski.

Prezydent Lech Kaczyński: ks. Twardowski pomagał nam zrozumieć sens życia

PAP 19-01-2006, ostatnia aktualizacja 19-01-2006 11:34

"Pomagał nam zrozumieć sens życia - teraz pomaga nam zrozumieć sens śmierci" - napisał prezydent Lech Kaczyński w liście do mediów, wystosowanym po śmierci ks. Jana Twardowskiego, który zmarł w środę wieczorem w Warszawie.

"Z bólem przyjąłem wiadomość o śmierci księdza Jana Twardowskiego. Sam określał siebie +księdzem piszącym wiersze+. Był poetą, którego wiersze ze wzruszeniem i uśmiechem czytały pokolenia Polaków. (...). W sercach nas wszystkich pozostaną dobre rady, szacunek dla maluczkich i ten niezapomniany zachwyt nad światem" - napisał Lech Kaczyński.

Prezydent przypomniał, że Jan Twardowski, zanim wstąpił do seminarium, walczył w Armii Krajowej. Brał też udział w Powstaniu Warszawskim.

"Mimo trudnych doświadczeń, pełen był pogody ducha, która udzielała się każdemu. Jak pisał w wierszu +Żeby się obudzić+ - +(...)i chyba dlatego umieramy, żeby nas było widać i nie widać+. Nie wolno nam się smucić, choć żal przychodzi sam - jak nieproszony gość" - napisał prezydent.

14 stycznia 2006

15 Stycznia II Niedziela Zwykła Roku B


Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: Czego szukacie?

Oni powiedzieli do Niego: Rabbi! — to znaczy: Nauczycielu — gdzie mieszkasz?
Odpowiedział im: Chodźcie, a zobaczycie.

Ewangelia wg św. Jana 1:38-39


*******************************************


Dwaj uczniowie Jana, zagadnięci przez Jezusa: ,Czego szukacie?", odpowiedzieli pytaniem: „Gdzie mieszkasz?" Za ich pytaniem kryła się chęć dowiedzenia się, kim właściwie jest Jezus. „Chodźcie, a zobaczcie!" — odpowiedział Jezus i zaprosił ich do swego mieszkania. To znaczy zaprosił ich do swego życia, do swego życia z Bogiem. Z radością przyjęli Jego zaproszenie i pozostali u Niego aż do wieczora. Co robili przez cały dzień u Jezusa? O tym milczy Pismo Święte. Ale mówi ono, że po tym spotkaniu dla owych uczniów stało się jasne: Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym.
Pozostając pod wrażeniem tego spotkania, jeden z owych uczniów opowiedział o wszystkim swojemu bratu i zaraził go swojąwiarą. Czego może dokonać proste zaproszenie: „Chodźcie, a zobaczcie!" — A kto dziś zaprasza pytających i szukających ludzi do poznania Jezusa Chrystusa i uznania Go za Mesjasza? Dzisiaj gospodarzami powinniśmy być właśnie my: nasze życie jako chrześcijan powinno być tak zachęcające i zapraszające, by ludzie choćby z samej ciekawości chcieli dowiedzieć się czegoś więcej o naszej wierze w Jezusa Chrystusa. „Chodźcie, a zobaczcie!" — Jezus zaprasza nas, byśmy jako jego uczniowie zapraszali innych.


************************************************************************************

Kto po raz pierwszy zaprasza ukochaną osobę do swego domu, nie ma nic do ukrycia.
Kto po raz pierwszy odwiedza ukochaną osobę, upewnia się, czym lubi się ona otaczać.
Odwiedziny uczniów u Jezusa także zapoczątkowały historię naznaczoną dozgonną miłością i zaufaniem.


***********************************************

Patrzcie! Nie widzicie? Widzicie tylko człowieka, który przechodzi obok was, tak jak inni?

Patrzcie! Patrzcie jak ja. Patrzcie ze mną: Widzę dalej niż wy.

Widzę Baranka Bożego. Widzę umęczonego człowieka. Widzę uwielbionego Syna. Patrzcie! Patrzcie odtąd innymi oczyma.

07 stycznia 2006

8 Stycznia - Uroczystość Objawienia Bożego


"Ostatecznie

wszyscy jesteśmy królami

pielgrzymującymi do celu."

Johann Wolfgang Goethe


Ktoś, kto miałby trochę więcej rozumu niż oni, owi Trzej Mędrcy ze Wschodu, i przez chwilę by pomyślał, z pewnością nie wyruszyłby w daleką drogę za gwiazdą, tak jak oni uczynili, naiwni. Ale dziś, gdy w uroczystość Objawienia Pańskiego zastanawiamy się nad ich nieprzemyślaną do końca decyzją i za nimi podążamy do szopki betlejemskiej, rozumiemy, jak błogosławione były ich naiwna wiara i nadzieja.


Wszystko zaczęło się od snu. Od snu o innym świecie, o Dziecku, od którego narodzin wszystko zaczyna się od nowa. Na śnie też się kończy. Na śnie, który odwiódł ich od myśli zdradzenia Herodowi miejsca schronienia Dziecięcia, położenia kresu temu, co zaledwie się zaczęło. Trzeba się po prostu ocknąć, by podążyć za takimi snami.


Gdy dziecko zabłądzi, może znaleźć się w miejscu, w którym nie powinno być. W Boże Narodzenie zabłądził, zdaje się, sam Bóg. I to nie tylko jakby był dzieckiem, ale właśnie jako dziecko. I znalazł się w miejscu, w którym, jak się nam zdaje, nie powinno Go być. Nie pozostał w swej niebieskiej chwale, lecz zabłądził i znalazł się pośród maluczkich i ubogich.


Zapraszam na styczniową Mszę świętą w sobotę 14 bm. na godzinę 18:00 w kościele St. James.

Skarb Bozego Objawienia

Medrcy badajac firmament nieba dostrzegli tajemnicze swiatlo. Potraktowali je jako wiadomosc o narodzinach wyjatkowego Czlowieka. Zdecydowali sie na odszukanie Go i spotkanie z Nim. Podejmuja dluga droge, ufajac wiadomosci wypisanej przez swiatlo na niebie. A kiedy po wielu przygodach dotarli do Betlejem, dostrzegli mloda kobiete tulaca piekne dziecko w swoich ramionach. Spotkanie z Jezusem i Jego Matka bylo owa rzeczywistoscia, ktorej poszukiwali. Odtad rozpoczal sie nowy etap ich zycia.

Objawienie dociera do czlowieka w dwu etapach. Pierwszy to wiadomosc o istnieniu rzeczywistosci, ktora mozna przezyc. Drugi, to samo spotkanie z ta rzeczywistoscia. To jest mniej wiecej tak, jakby Pan Bog przyszedl do kogos i powiedzial mu: W twoim ogrodzie gleboko w ziemi jest poklad zlota. Wiadomosc ta dociera do swiadomosci wlasciciela ogrodu. Oto pierwszy etap objawienia. Juz sama wiadomosc staje sie zrodlem szczescia. Ale radosc z wiadomosci o zlocie nie rowna sie radosci z posiadania zlota. Trzeba zabrac sie do drazenia szybu, by do zlota dotrzec.

Istnieja trzy postawy ludzi wobec takiej wiadomosci. Jedni spogladaja na piekny, od lat pielegnowany ogrod i dochodza do wniosku, ze szkoda go niszczyc. Wprawdzie zloto jest, ale aby je wykopac, trzeba sie wiele nameczyc i do tego zniszczyc ogrod. Ci wybieraja piekno doczesnosci i nie podejmuja trudu dotarcia do wskazanego przez Boga skarbu.

Drudzy decyduja sie i to bardzo szybko na kopanie. Przynosza lopaty i inne narzedzia sadzac, ze w ciagu kilku dni zloto zadzwoni o ich kilof. Niszcza ogrod, kopia glebokie doly, po miesiacu zmeczeni i zniecheceni rzucaja lopaty. Ci nie maja ani ogrodu, ani zlota. Zycie ich wypelnia gorycz.

Jeszcze inni podchodza do drazenia szybu spokojnie i z rozwaga. Szukaja specjalistow, by sie dowiedziec, jak sie to robi. Gromadza potrzebne narzedzia i materialy. Po dokonaniu najwazniejszych przygotowan przystepuja do budowy szybu. Nie dziwia sie ani wtedy, gdy napotykaja na twarda skale, ani gdy musza bronic sie przed zalaniem woda. Kopia wytrwale, az pojawia sie pierwsze grudki zlota. To znak, ze wiadomosc byla prawdziwa. Po dlugim czasie kilof trafia na zyle zlota. Tu bedzie chodnik. Mozna rozpoczac eksploatacje na wielka skale.

Spotkanie z zyla zlota, z calym jego pokladem, stanowi poczatek nowego etapu zycia. Wlasciciel ogrodu nie tylko wie, ze u niego jest zloto, ale to zloto ma w swoich rekach, jest ono do jego dyspozycji. Dotad trudzil sie dla zlota, majac w rece jedynie ciezka ziemie, odtad zloto bedzie pracowac dla niego.

Oto obraz wchodzenia w tajemnice Objawienia Bozego. Na poczatku jest jedynie podana przez Boga wiadomosc, gdzie nalezy szukac skarbu. Ten, kto podejmie trud szukania, przezyje radosc objawienia jego wartosci. Pierwszy etap jest nam znany. Bog mowi: Szukaj skarbu w Kosciele. A ten, kto wejdzie do Kosciola, jak Medrcy do Betlejem, dowie sie, ze znajduje sie on w Pismie Swietym i w Eucharystii. Ostatecznie jest to wezwanie do czytania Biblii, poniewaz w niej objawia sie zloto Madrosci Bozej, i wezwanie do wchodzenia w glab uczestniczenia w Eucharystii, bo w niej objawia sie zloto Bozego Zycia.

Trzeba uwaznie spojrzec na ludzi roznie podchodzacych do wiadomosci o skarbie ukrytym w ziemi ich ogrodu. Do ktorych z nich nalezymy? Czy brak nam odwagi i nie chcemy ryzykowac zniszczenia ogrodu doczesnosci? Czy braklo nam wytrwalosci i siedzimy nad stertami ziemi nie zaznajac ani szczescia doczesnego, ani plynacego z posiadania Bozego skarbu? Czy tez trudzimy sie jak Medrcy, madrze dzien po dniu zblizajac sie do spotkania z Boska rzeczywistoscia? O radosci tych, ktorzy juz do niej dotarli, nie trzeba mowic, ona i tak jest nie do opisania.


Zapraszam na styczniową Mszę świętą w sobotę 14 bm. na godzinę 18:00 w kościele St. James.